poniedziałek, 31 października 2016

Psychika Uwodziciela, część 3

W poprzedniej części napisałem o "Powierzchownym" i "Głębokim" poziomie psychiki. Przy czym to nie jest jakaś precyzyjna, naukowa wiedza - to jest moja wzięta z życia obserwacja.

Można to łatwo zobaczyć na przykładzie tego, co się dzieje z ludźmi nieogarniętymi psychicznie w w sytuacjach uwodzeniowych. Przykładowo mamy faceta który pragnie uwodzić kobiety, pragnie mieć więcej kobiet - czyta, ogląda materiały o uwodzeniu, potem przed wyjściem do klubu stara się ładnie ubrać, a następnie idzie do klubu z intencją poznania ładnej kobiety, albo przynajmniej z myślą, że poznanie ładnej kobiety byłoby czymś fajnym. Wchodzi do klubu, widzi atrakcyjną kobietę i tym samym znajduje się w potencjalnej sytuacji uwodzeniowej - może przecież podejść do tej kobiety i spróbować ją uwieść. I gdyby jego zachowanie miałoby być SPÓJNE z jego wcześniejszym zachowaniem i myśleniem, to w tym momencie powinien podejść i podjąć próbę zdobycia kobiety która mu się podoba. Ale wszyscy wiemy, że coś takiego jest rzadkością - najczęściej w takim momencie, już w obliczu samej możliwości podejścia do laski, w facecie POJAWIA SIĘ NAPIĘCIE. Pojawia się stres, negatywne emocje, negatywne myśli, itd, itp - a podejście do kobiety okazuje się być czymś psychicznie trudnym i nieprzyjemnym. I w tym momencie facet albo w ogóle nie podchodzi, albo podchodzi "na siłę", czyli "przełamuje się" - co skutkuje tym, że co prawda podchodzi, ale działa z kobietą będąc spiętym, przez co oczywiście gorzej mu się z nią rozmawia i gorzej wypada on w jej oczach.

To co opisałem powyżej jest tak bardzo powszechne, że często ludzie traktują to jako coś oczywistego i niespecjalnie się nad tym zastanawiają, myśląc o tym na zasadzie "tak po prostu jest", "to jest normalne" i tak dalej. Zdarza się też i to całkiem często, że ludzie wypowiadający się jako rzekomi "eksperci" od uwodzenia, mówią bzdury typu np. "lęku przed podejściem nie da się pozbyć". Jest to nieprawda - ja się pozbyłem, znam też wiele innych takich osób. Jeżeli ktoś Wam mówi "tego nie da się pozbyć", to oznacza to, że nie tylko nie wie o czym mówi, ale w dodatku ON SAM ma z tym nadal problem, on sam jest nadal nieogarnięty psychicznie, a zabiera się za doradzanie innym.


Wracając do naszego przykładu z nieogarniętym psychicznie facetem w klubie, to trzeba zauważyć, że w tym facecie funkcjonują PRZECIWSTAWNE SIŁY.

1. Jest jedna część jego psychiki, która CHCE podejść do tej laski i ją zdobyć.

2. Jest inna część jego psychiki, która tego NIE CHCE.


1. Ta część która CHCE to "POWIERZCHOWNY" poziom psychiki, który jest bardziej świadomy (vs podświadomy) i który odpowiada bardziej za myśli niż za emocje. Tym poziomem kieruje logika, jest on racjonalny, w oczywisty sposób zrozumiały. Ten poziom odpowiada za to, że ów facet z przykładu czytał materiały o uwodzeniu celem zwiększenia swojej skuteczności, starał się ładnie ubrać celem polepszenia swojej atrakcyjności, a następnie wybrał się do klubu, bo tam są atrakcyjne kobiety - zwróćcie uwagę na to, jak bardzo racjonalne i zrozumiałe jest dla nas jego postępowanie.

Problem w tym, że ta część psychiki tak naprawdę jest słabszą stroną w konfrontacji z tą drugą - ludzie pozornie są racjonalni, ale w rzeczywistości gdy ma miejsce sprzeczne z tym głębokie uwarunkowanie, to racjonalność często przegrywa. Przykładem może być właśnie stres w kontekście uwodzenia - każdy wie, że patrząc na to racjonalnie jest to bezsensowna kula u nogi, ale świadomość tego faktu niewiele zmienia. Są też inne przykłady, takie jak np. ludzie tkwiący w toksycznych związkach, w których cierpią i są źle traktowani - jest to bez sensu, ale "głębokie", podświadome uwarunkowanie wygrywa z rozsądkiem.

Swoją drogą, ta część Ciebie która w tej chwili czyta i rozumie to co napisałem, to głównie właśnie ta część "Powierzchowna", racjonalna, bo to przede wszystkim do niej dociera informacja przekazywana tekstem/słowami. Co jest generalnie o tyle problemem, że ogólnie w życiu wszelkiego rodzaju rady i przekazywane bezpośrednio tekstem/słowami informacje trafiają nie do tej części psychiki, którą naprawdę należałoby zmienić. Jest to rzecz często spotykana w uwodzeniu - ludzie pakują sobie do głowy informacje, ale w praktyce to niewiele zmienia, bo głębokie uwarunkowania pozostają w ogromnej mierze niezmienione. (pomijam tutaj problem "anty-wiedzy").


2. Ta część która NIE CHCE to "GŁĘBOKI" poziom psychiki, który jest bardziej podświadomy, który odpowiada za głębokie uwarunkowania. To jest ta część naszej psychiki, która odpowiada za powtarzanie wzorców z dzieciństwa - nawet całe dekady po doświadczeniach (i interpretacjach tych doświadczeń/obserwacji) które te wzorce ukształtowały, bardzo często bez naszej świadomości tego procesu. Tak naprawdę na tym poziomie odbywa się to, co nazywamy "kształtowaniem się naszej osobowości" - niezliczone ilości doświadczeń/obserwacji oraz ich interpretacji zostawiają swój ślad, tworząc wzorce wyznaczające nasz światopogląd, nasz sposób myślenia, odczuwania, interpretowania różnych rzeczy, a w szczególności to jakie są nasze "instynktowne" reakcje emocjonalne (w rzeczywistości to wykształcone głębokie uwarunkowanie/wychowanie, a nie wrodzony instynkt). To na tę warstwę psychiki wpływa się poprzez wielomiesięczną czy też wieloletnią psychoterapię - która trwa tak długo dlatego, że pomijając skrajne, traumatyczne doświadczenia, to ta warstwa generalnie zmienia się powoli - długoterminowo, nie krótkoterminowo.


1. U faceta nieogarniętego psychicznie, te dwie części psychiki ze sobą WALCZĄ. Część "Powierzchowna" CHCE uwodzić kobiety, a część "Głęboka" tego NIE CHCE. A dokładniej - na poziomie świadomej decyzji facet chce zdobywać kobiety, ale jest to niekompatybilne z jego długotrwałym, głębokim uwarunkowaniem i "wychowaniem".

2. U faceta ogarniętego psychicznie, te dwie części psychiki ze sobą NIE WALCZĄ. Część "Powierzchowna" CHCE uwodzić kobiety, a część "Głęboka" albo też tego CHCE, albo przynajmniej MÓWI TEMU "OK".

Jakie są tego skutki?

1. U faceta nieogarniętego psychicznie ma miejsce KONFLIKT WEWNĘTRZNY.

2. U faceta ogarniętego psychicznie NIE MA konfliktu wewnętrznego.

To co napisałem powyżej może brzmieć trochę "jałowo", albo niepozornie, bo jest to tylko kilka linijek tekstu. Ale w rzeczywistości jest to coś SUPER ISTOTNEGO, jest to SUPER POTĘŻNA RÓŻNICA.

Można to przyrównać do sytuacji, w której dwie osoby miałyby uprawiać ten sam sport, ale jedna miałaby go uprawiać nosząc plecak wypełniony kamieniami ważącymi kilkadziesiąt kilogramów, a druga byłaby pozbawiona takiego obciążenia. Jest chyba rzeczą oczywistą, że w tym momencie ta druga osoba miałaby DUŻO lepsze efekty, dzięki atutowi który byłby tak naprawdę brakiem obciążenia, brakiem tego plecaka z kamieniami. A z kolei osoba z plecakiem musiałaby dać z siebie niewspółmiernie duży wysiłek, aby zrobić cokolwiek.

W przypadku prawdziwych, materialnych plecaków każdy błyskawicznie zauważyłby o co chodzi - jeden facet ma na sobie plecak z kamieniami, to OCZYWISTE, że jest mu dużo trudniej. Ale materialne plecaki są bezpośrednio widoczne, a obciążenia psychiczne już nie.

Co więcej, chyba każdy człowiek ma za sobą doświadczenie niesienia czegoś fizycznie ciężkiego i nie tylko zna to uczucie, ale zna też różnicę pomiędzy byciem obciążonym, a nieobciążonym. A w przypadku obciążeń psychicznych tak nie jest, bo facet nieogarnięty zasadniczo nie wie jak to jest być ogarniętym i postrzega swój obciążony stan jako normalność, jako swój punkt odniesienia. Przy czym napisałem, że "zasadniczo" nie wie, bo są od tego pewne wyjątki. Chodzi o to, że osoby nieogarnięte, a przynajmniej niektóre z nich, mają czasami w swoim życiu kilka "wyjątkowych momentów", w których chwilowo coś przestawia się w ich psychice i kiedy na krótki okres czasu zaczynają działać na o wiele wyższym poziomie niż normalnie, tak jakby "nie będąc sobą". Moim zdaniem w tych momentach następuje "awaria systemu blokad" i to czego te osoby wtedy doświadczają to jest właśnie jakaś forma bycia ogarniętym psychicznie - ich psychika tymczasowo "gubi" plecak z kamieniami i na chwilę doświadczają stanu bez obciążenia, albo przynajmniej z dużo mniejszym obciążeniem.


Z kolei facet ogarnięty czasami rozumie lepiej, czasami gorzej perspektywę nieogarniętego - zależy to od cech indywidualnych, a także od tego, w jakim wieku ktoś się ogarnął. Jeżeli ktoś ogarnął się dopiero na studiach, już jako dorosły człowiek, to będzie miał wiecej wspomnień tego jakie kiedyś sam miał problemy i lepszą empiryczną znajomość perspektywy faceta nieogarniętego. Ale jeżeli ogarnął się już w późnej podstawówce, to dla niego nieogarnięcie to jakieś mgliste wspomnienia z dzieciństwa. (gdyby to kogoś interesowało - tak, są goście, którzy robią się ogarnięci psychicznie już w późnej podstawówce, całując i obmacując dziewczyny na domówkach, w parkach, itd). Ja sam ogarnąłem się w liceum, ale był to wynik mojego świadomego przyjrzenia się tej sferze życia, więc pamiętam więcej niż ktoś kto ogarnął się "nieświadomie".


W tym miejscu chciałbym doprecyzować pewne kwestie tyczące się tego, co napisałem powyżej. Posługuję się tam ułatwiającym tłumaczenie tego wszystkiego, uproszczonym schematem "Ogarnięty vs Nieogarnięty". I to jest dobry, przydatny schemat, natomiast w rzeczywistości jest to bardziej skomplikowane:

1. Różni ludzie bywają różnie "wychowani", ukształtowani na głębokim poziomie względem różnych typów sytuacji i okoliczności, w których można uwodzić kobiety. Mam tu szczególnie na myśli klasyczne "kanały poznawania kobiet", takie jak np. domówka, klub czy ulica. Chodzi o to, że wiele osób ma ogarnięcie psychiczne np. na domówkach, ale ma nie ma ogarnięcia psychicznego w kontekście uwodzenia na ulicy, a czasami także i w klubie. Taka osoba może np. mieć na koncie kilkadziesiąt kobiet poznanych na domówkach, może także w klubach, ale nie potrafi podejść do nieznajomej kobiety na ulicy. I taka osoba JEST ogarnięta, nawet jeżeli to ogarnięcie ma zawężony zakres, bo w tym zawężonym zakresie ta osoba jak najbardziej jest dobra z kobietami. Po prostu ktoś został "wychowany" w środowisku gdzie bzykało się laski poznane w określony sposób i takie jest głębokie ukształtowanie, głębokie uwarunkowanie tej osoby. Podobnie jest z różnymi detalami, takimi jak np.podchodzenie do większej grupy kobiet, albo podchodzenie do kobiety które są bardzo atrakcyjne, podchodzenie do lasek wyglądających sukowato, itd itp - ale to już są mniej istotne kwestie.

2. Tak naprawdę nie jest to zerojedynkowe "ogarnięty albo nieogarnięty", tylko mamy do czynienia z płynną skalą, bez sztywnego podziału na dwie grupy. Względem danego typu sytuacji dana osoba może być bardziej lub mniej ogarnięta - używając przykładu z plecakiem z kamieniami, mamy jakąś płynną skalę, gdzie ktoś może mieć np. 10 kilogramów kamieni i być lekko obciążony, a ktoś może mieć 50 kilogramów i to już jest poważny problem, ale nie tak poważny jak 100 kilogramów.



Istotną rzeczą w tym wszystkim jest to, że ogarnięcie psychiczne to zasadniczo BRAK oporów, BRAK konfliktu wewnętrznego. W poprzedniej części artykułu napisałem o tym, że podejście do kobiet ludzi ogarniętych psychicznie można streścić słowami "KOBIETA SŁUŻY DO RUCHANIA". Kobieta służy do ruchania, a więc dążenie do seksu z nią jest czymś całkowicie normalnym, naturalnym, słusznym, oczywistym, itd itp. Kobieta służy do ruchania, a więc NIE do tego, aby przejmować się tym co ona sobie o nas pomyśli, czy też przejmować się jej odczuciami lub byciem fair względem niej. I to podejście do kobiet, oczywiście obecne na GŁĘBOKIM, a nie jedynie powierzchownym poziomie psychiki, owocuje właśnie BRAKIEM oporów, rozterek, konfliktów wewnętrznych.


Innymi słowy mówiąc, ogarnięcie psychicznie NIE polega na tym, że ktoś ma wyjątkową osobowość, siłę charakteru, ani super odkrywcze spojrzenie na uwodzenie i kobiety. Nie - ktoś ogarnięty psychicznie to tak naprawdę ktoś BEZ OPORÓW, co wynika najczęściej z podejścia do kobiet które jest mniej czy bardziej PROSTE, utylitarne, przedmiotowe, egoistyczne, amoralne. To jest generalnie bardziej BRAK niż OBECNOŚĆ czegoś.

To co opisałem powyżej wywołuje masę trudności ze zrozumieniem, a po części także z zaakceptowaniem tego jak to wszystko wygląda.

Patrząc na to na bardzo abstrakcyjnym poziomie, ludzie często oczekują, spodziewają jakiegoś skomplikowanego, tajnego "SEKRETU" który polegałby na OBECNOŚCI czegoś, np. na posiadaniu jakiejś pozytywnej cechy. Coś PROSTEGO (w sensie braku skomplikowania, nie poziomu trudności), polegającego na BRAKU czegoś, BRAKU blokad, nie pasuje do tych wyobrażeń. Ludzie potrafią nic nie wiedzieć, ale jednocześnie mieć odgórne, błędne wyobrażenia odnośnie tego, jak "powinno wyglądać" to czego szukają. A przez to mogą to łatwo zignorować, uznać że to nie jest to i "pójść dalej", szukając czegoś co tak naprawdę już znaleźli, tylko zignorowali przez błędne wyobrażenia.

Konkretnym przykładem tego jest sytuacja, w której dana osoba nieogarnięta zna jednego czy nawet kilku facetów mniej czy bardziej ogarniętych z kobietami, ale to jacy ci ludzie są nie pasuje do jej wyobrażeń, więc ignoruje ich jako przykład/źródło wiedzy. Powiedzmy przykładowo, że dany ogarnięty facet jest chamski i mało inteligentny, wręcz prymitywny. W tym momencie wiele inteligentnych, kulturalnych osób "na poziomie" może mieć problem z dostrzeżeniem czy też zaakceptowaniem tego, że taki generalnie rzecz biorąc kretyn jest w kontekście uwodzenia lepszy od nich i że mogą się od niego czegoś nauczyć.

Ja osobiście wiele razy słyszałem od inteligentnych, kulturalnych, ale nieogarniętych facetów narzekanie typu "kobiety lecą na chamów". To jest świetny przykład tego, jak ludzie błędnie zwracają uwagę na to, co JEST OBECNE, a nie na BRAK OBECNOŚCI jakiegoś czynnika. Chodzi o to, że jeżeli ktoś jest chamski względem lasek, to oznacza, że występuje u niego BRAK HAMULCÓW/OPORÓW. I to ten BRAK OBECNOŚCI hamulców/oporów odpowiada tak naprawdę za sukcesy, a nie OBECNOŚĆ chamstwa.


Na mniej abstrakcyjnym poziomie, różni ludzie miewają różnego rodzaju błędne wizje tego, jaki jest lub jaki nie jest ktoś ogarnięty z kobietami.

Część facetów ma w głowie obraz osoby ogarniętej jako jakiegoś super "męskiego", twardego gościa z wysokim testosteronem, typ komandosa, może gangstera, "badboya", itd itp. A tak naprawdę z tego co ja widzę po innych i po sobie, to osoby dobre z kobietami z jednej strony nie są w jakiś sposób zniewieściałe czy androgeniczne, ale z drugiej strony są to też super męscy "herosi" - to raczej normalni faceci, z umiarkowanymi odchyłami w obu kierunkach. A tak swoją drogą, to pisałem już na blogu o tym, że były badania naukowe w których badano wpływ hormonów na atrakcyjność rysów twarzy i okazało się, że wysoki poziom testosteronu NIE MA na to wpływu, natomiast istotny jest NISKI poziom kortyzolu, czyli "hormonu stresu". Tam chodziło o rysy twarzy, w tym artkule o psychikę, ale generalnie to pokrywa się z moimi obserwacjami - w uwodzeniu liczy się wyluzowanie, a nie męskość.


Niektórzy faceci mają taką wizę, że ktoś ogarnięty z kobietami to ktoś kto prowadzi bardzo aktywne życie, ktoś ma swoje "pasje", kto bardzo intensywnie realizuje się czy to zawodowo, czy to w zakresie jakichś hobby, zainteresowań. Jest to straszna bzdura, bo nie tylko nie ma takiej zależności, ale w sporej mierze jest zależność ODWROTNA. Pisałem już o tym, że osoby ogarnięte z kobietami to generalnie IMPREZOWICZE. I pisałem też dlaczego - więcej imprez to "statystycznie" rzecz biorąc więcej doświadczenia z kobietami, więcej towarzystwa i wpływu osób dobrze radzących sobie z kobietami. A imprezowicze to często ludzie niezbyt pracowici, niezbyt zdyscyplinowani, którzy myślą raczej o relaksie, imprezach, alkoholu, używkach i laskach, a nie o tym, aby się niepotrzebnie męczyć. W kontekście kobiet dochodzą do tego także kwestie czasowe - jeżeli ktoś pracuje, a ma jeszcze mieć dużo lasek, to kiedy niby ma on mieć czas na jakieś bardziej intensywne zajmowanie się hobby? Oczywiście można dzielić czas pomiędzy jedno a drugie, w jakimś stopniu każdy to dzieli, ale w ostateczności ilość czasu jest ograniczona - może zajmować się wieloma rzeczami po trochu, ale wieloma rzeczami w dużym stopniu już nie. Inna sprawa, że gdy ma się spełnienie i bogate życie w kontekście kobiet, to wiele innych rzeczy "blednie" - ja jestem osobiście bardzo mocno przekonany, że większość ludzi zajmujących się intensywnie różnymi hobby poświęcałaby im znacznie mniej czasu, a może w ogóle by się nimi nie zajmowała, gdyby mieli oni w swoim życiu jako alternatywę "hobby" w postaci odpowiednio atrakcyjnych kobiet. A tak ogólnie moja puenta w tym kontekście jest taka, że osoba ogarnięta z kobietami to bardzo często jest mniej czy bardziej leniwy imprezowicz, a nie jakiś super ambitny tytan pracy, który próbuje w życiu osiągać nie wiadomo jak wielkie cele.


Część facetów to "harcerze" - ludzie z silną obyczajowością i moralnością [w kontekście seksualności/uwodzenia], którzy najczęściej noszą w sobie wyjątkowy silny szacunek do kobiet, a także oderwany od rzeczywistości, wyidealizowany obraz płci przeciwnej. Alternatywną nazwą dla nich mogłoby być "grzeczni synkowie mamusi", ale nie w sensie samodzielności, tylko w sensie naiwnej perspektywy, patrzenia na świat mniej więcej tak, jak ich w dzieciństwie mamusia nauczyła. To są ci faceci, których bardzo często OBURZA to co robią uwodziciele tacy jak ja, bo według nich "tak nie wolno!". Zdarza się też, że wywołuje to u nich NIEDOWIERZANIE, na zasadzie "to niemożliwe, przecież kobiety takie nie są!". Ci ludzie generalnie nie chcą albo nie potrafią zaakceptować tego, jak funkcjonuje świat i jakie są najczęściej kobiety, więc uciekają w myślenie życzeniowe i negowanie tego, co przeczy ich naiwnemu pojmowaniu świata. Jest to ogólnie coś ŻAŁOSNEGO, szczególnie dlatego, że ci ludzie, których pozornie charakteryzuje wysoki poziom moralności, tak naprawdę praktykują zakłamanie - oburza ich gdy ktoś (ja) mówi że okłamuje kobiety, a sami okłamują siebie i próbują okłamywać innych. Tacy ludzie często nie wierzą, czy też może nie chcą uwierzyć w to, że mogą istnieć AMORALNI uwodziciele, odnoszący sukcesy z fajnymi kobietami.Tacy faceci często negują to twierdząc, że amoralni uwodziciele zdobywają tylko "łatwe" kobiety, podczas gdy u tych "porządnych" nie mają szans - a w domyśle chodzi też o to, że niby te "porządne" wybierają tylko "porządnych facetów" jak oni sami. Są to oczywiście bzdury, bo różni uwodziciele ruchają różne laski, w tym także laski pozytywne z charakteru, inteligentne, wykształcone, itd itp. Przy czym często jest tak, że uwodziciel z danego środowiska bzyka laski podobne do siebie. Często ruchacz-dres bzyka dresiary, natomiast elegancki ruchacz z wyższym wykształceniem bzyka eleganckie kobiety z wyższym wykształceniem.


Wielu osobom wydaje się, że osoba ogarnięta psychicznie to ktoś z WYSOKIM POCZUCIEM WŁASNEJ WARTOŚCI. Ktoś "pewny siebie", kto "zna swoją wartość", itd itp. To może być dla wielu czytelników zaskakujące, ale jest to błędne przekonanie, jest to NIEPRAWDA. Bo oczywiście, są uwodziciele z wysokim poczuciem własnej wartości, ale nie wszyscy faceci dobrzy z kobietami tacy są - jest wielu innych, włącznie ze mną, którzy uważają siebie za mniej czy bardziej normalnych ludzi, podchodząc do tego w bardziej zdystansowany, "rzemieślniczy" sposób, bez traktowanie tego zbyt osobiście. Chodzi o perspektywę według której ruchanie lasek to coś normalnego, jedni są w tym lepsi, inni gorsi, ale generalnie nie jest to żaden "big deal". A są też tacy ludzie, którzy potrafią czuć się źle ze swoim życiem, myśleć o sobie źle, a i tak są w stanie działać dobrze z kobietami - to potrafi wyglądać w przybliżeniu tak, że dla nich kobiety to "używka", podobnie jak alkohol, a nie coś na co mieliby zasługiwać czy nie zasługiwać. Generalnie ogarnięcie psychiczne w uwodzeniu zależy nie od naszego poczucia własnej wartości, ale od naszego podejścia do kobiet, naszej obyczajowości i moralności w kontekście uwodzenia. To że w tym wszystkim NIE chodzi o poczucie własnej wartości można łatwo zobaczyć, patrząc na to, że bardzo często dany facet, czy z wysokim czy to z normalnym poczuciem własnej wartości, czuje się ok z podrywaniem kobiety o określonym poziomie urody w kręgu znajomych, natomiast ma opory przed podejściem do nieznajomej kobiety o takim samie poziomie urody w klubie czy na ulicy. Jego poczucie własnej wartości jest cały czas TAKIE SAMO, ale poziom oporów jest RÓŻNY w zależności od okoliczności - to jest pokazuje, że poziom oporów jest uzależniony od czegoś innego niż poczucie własnej wartości. A od czego? Od (głębokiego) wychowania obyczajowego, według którego podrywanie nieznajomych kobiet w klube czy na ulicy jest czymś bardziej "niestosownym" niż czynienie tego samego w kręgu znajomych. I jest wielu facetów z wysokim poczuciem własnej wartości, "znających swoją wartość", dobrze o sobie myślących, itd, którzy są nieogarnięci z kobietami, bo zostali wychowani, ukształtowani w taki sposób, że uwodzenie jest dla nich niestosownym, niewłaściwym zachowaniem.



CDN

środa, 5 października 2016

Psychika Uwodziciela, część 2


Miały być 3 części cyklu, ale na chwilę obecną wiadomo, że będą co najmniej 4.


W poprzedniej części opowiadałem o znaczeniu dobrego ogarnięcia psychicznego, natomiast w tej części chcę opisać na czym polega dobre ogarnięcie psychiczne, jaka jest "budowa" psychiki osoby dobrej z kobietami i czym rożni się ona od psychiki osoby która dobra z kobietami nie jest.


Na kim będę się opierać pisząc ten artykuł?

W pierwszej kolejności będę się oczywiście opierał na sobie - jestem zresztą wręcz IDEALNYM obiektem do tego, bo mam bardzo wysoki poziom ogarnięcia, a jednocześnie wysoką introspekcję i zdolność do ujęcia tego w słowach - część osób dobrych z kobietami jest bardzo, bardzo słaba w tłumaczeniu tego. Ale z drugiej strony mimo wszystko jestem tylko jedną osobą, a warto byłoby pokazać jakieś szersze spojrzenie, a nie tylko spojrzenie przez pryzmat mojej osoby.

Dlatego też będę się opierał również o inne osoby dobre z kobietami, które poznałem w swoim życiu - a poznałem ich kilkadziesiąt, aczkolwiek część była lepsza, a część była gorsza. Byli to bardzo różni ludzie - przykładowo niektórzy z nich nie poszli na studia, a nawet nie mają matury, a inni robią obecnie doktoraty. Część to dzieci z dobrych domów (podobnie jak ja), a część to ludzie ulicy, z problemami z prawem i podobnymi klimatami. Ta różnorodność jest dobra, bo pomaga mi ona zobaczyć rzeczy, które są WSPÓLNE u ludzi którzy w innych sferach różnią się od siebie.

Wykorzystam też znane mi osoby słabe z kobietami których oczywiście znam bardzo dużo - tacy ludzie oferują tutaj wartościowy KONTRAST względem mnie i innych osób dobrych z kobietami.

Znane mi osoby dobre z kobietami

Tak jak pisałem powyżej, poznałem w ciągu życia kilkadziesiąt osób dobrych z kobietami. Część z tych osób była lepsza, część gorsza, ale wszystkie były dobre, zauważalnie ponadprzeciętne jeżeli chodzi o uwodzenie.

Swoją drogą, ludzie którzy o tym słyszą często pytają się mnie, jak poznałem, gdzie poznałem tyle osób dobrych z kobietami - bo oni znają takich osób tylko kilka, a i to często w sposób "naciągany" - tzn. nazywają dobrymi najlepsze osoby w swoim otoczeniu, które to osoby często tak naprawdę są nie tyle faktycznie dobre, co raczej "w miarę ok".

Poznałem te kilkadziesiąt osób dobrych z kobietami poprzez znajomych, na zasadzie "kolega kolegi", a co najważniejsze - "CIĄGNIE SWÓJ DO SWEGO", czy też jak to jest ładnie ujęte w języku angielskim "BIRDS OF A FEATHER FLOCK TOGETHER", przysłowie które nawiązuje do tego, jak ptaki (ludzie) tego samego gatunku łączą się w stada.

Gdy w liceum zacząłem imprezować z mocno rozrywkowym, ogarniętym z kobietami towarzystwem (TIAN), to nie tylko poznałem takich właśnie kolegów, ale także zmieniła się moja mentalność, moje podejście do kobiet i imprezowania. I w kontekście tych tematów zacząłem się rozumieć lepiej z takimi ludźmi, a gorzej z ludźmi "normalnymi". Nadal lubiłem moich "normalnych" kolegów, nadal lubiłem z nimi rozmawiać, ale na inne tematy - w kontekście imprez i kobiet stali się w moich oczach zestresowanymi, nieogarniętymi leszczami, którymi w takim kontekście FAKTYCZNIE BYLI. Imprezy i kobiety były ważną, a tak naprawdę najważniejszą częścią mojego życia i miałem potrzebę posiadania kolegów z którymi w tej sferze miałbym coś wspólnego, z którymi w tej sferze bym się rozumiał. A nie ja jeden miałem taką potrzebę - inne osoby ogarnięte z kobietami miały często podobnie, co tworzyło mechanizm wzajemnego zainteresowania i oczywiście mocno wspierało proces tworzenia między nami koleżeństwa czy też przyjaźni.

Powyższy mechanizm tak naprawdę nie jest unikalny dla kontekstu ogarnięcia imprezowego/uwodzeniowego - ludzie generalnie mają potrzebę kontaktów z ludźmi podobnymi do nich, myślącymi tak jak oni, tym samym się zajmującymi. Widać to chociażby po ludziach zajmujących się różnymi sportami - jeżeli ktoś zajmuje wiele lat jakimś sportem, to najczęściej przez lata dorobił się wielu kolegów poznanych właśnie przez ten sport. Osoby siedzące długo w danym sporcie miewają nawet po kilkudziesięciu bliższych i dalszych kolegów poznanych przez ten sport. Podobnie jest ze studiami czy z pracą - po wielu latach prawnik będzie znał kilkudziesięciu prawników, informatyk kilkudziesięciu informatyków, a kucharz kilkadziesiąt osób pracujących w gastronomii. U mnie było tak z uwodzeniem - przez lata imprezowania i poznawania nowych ludzi, kolegów moich kolegów, poznałem kilkadziesiąt osób dobrych z kobietami.

Jacy to byli ludzie?

Pod wieloma względami - różni. Przykładowo dwóch robi obecnie doktoraty, ale niektórzy w ogóle nie poszli na studia, a nawet nie mieli matury. Jedni pochodzili z dobrych, zamożnych rodzin, a inni z ubogich rodzin, gdzie alkohol był problemem. Jedni byli nastawieni pokojowo i zdecydowanie woleli unikać bójek, inni zaś byli gotowi bić się z dość błahych powodów i mieli na koncie po kilkadziesiąt fizycznych starć, nie licząc słownych awantur, które łatwo mogły się przerodzić w to poprzednie.

Jest to więc szeroki profil ludzi, chociaż też nie obejmuje wszystkiego. W szczególności widzę tutaj dwa słabe punkty:

1. Jestem z Warszawy, a moi znajomi albo też się tutaj urodzili, albo przyjechali tu na studia/do pracy. W innych dużych miastach może to wyglądać odrobinkę inaczej, ale powinno być bardzo podobnie, natomiast prawdziwa różnica może być widoczna w małych miejscowościach. Ja osobiście nie wiem jak to wygląda, ale słyszałem opowieści np. o tym, że w mniejszych miejscowościach dużo częściej dochodzi do bójek, a zdolność do ich wygrywania jest czymś dużo, dużo bardziej istotnym niż w Warszawie. W tym kontekscie tamtejsze osoby dobre z kobietami mogą prezentować inny, bardziej fizycznie silny i agresywny typ ludzi - być może, bo ja nie wiem, to nie jest mój świat.

2. To ciekawa sprawa, ale moi znajomi dobrzy z kobietami generalnie prezentują "konkretne" zawody - są to przykładowo prawnicy i informatycy, a także np. kierowcy tirów. Natomiast nie ma wśród nich przedstawicieli zawodów artystycznych, nie ma muzyków, nie ma tancerzy, nie ma spełnionych czy niespełnionych pisarzy, itd. Zdarza się, że ktoś jest nieogarnięty życiowo w takim sensie, że za dużo imprezuje, za dużo pije czy też przyjmuje inne substancje, ale nikt nie zajmuje się czymś niekonkretnym - jest albo robienie konkretnych rzeczy, albo alkoholowo-używkowa beztroska/wegetacja. Mnie samego ciekawi w tym kontekście jak to jest - czy jest tak dlatego, że wbrew stereotypom z kobietami radzą sobie dobrze nie "artyści", tylko raczej ludzie z konkretnym nastawieniem? Czy też może są analogiczne kręgi w środowisku np. muzyków, ale ja ich po prostu nie znam? Nie wiem, natomiast w moich kręgach jest właśnie tak jak napisałem.

Powyżej nakreśliłem "ogólnożyciowy" profil tej grupy - a co z kobietami i uwodzeniem?

O ile te wszystkie osoby były dobre z kobietami, o tyle były też różnice. Niektóre osoby działały tylko na domówkach, inne na domówkach lub w klubie, jedynie nieliczne potrafiły działac na ulicy. Są też różnice w stylu - część tych ludzi prezentuje styl "zawadiacki", nastawiony na ostry dowcip, a część prezentuje styl bardziej stonowany. Niektórzy lubią w klubach parkiet, a inni parkietu unikają.

Ok, nakreśliłem obraz grupy na której się opieram, opowiedziałem o różnicach, natomiast jakie są ELEMENTY WSPÓLNE występują u tych wszystkich ludzi?

Na pewno wspólne jest to, że oni wszyscy są imprezowiczami, którzy spędzili w życiu kawał czasu na domówkach, w pubach i klubach. To nie jest bezpośrednio cecha uwodzeniowa, natomiast jest to w pewnym stopniu PRZYCZYNA tego, że są dobrzy kobietami. Osoby dużo imprezujące mają więcej okazji do interakcji z kobietami - i to takich okazji, które odbywają się wpływem alkoholu, co działa "ośmielająco" i "rozwiązuje język". W dodatku osoby dużo imprezują mają też z reguły kolegów którzy dużo imprezują, którzy to koledzy często wywierają na nich dobry wpływ, bo sami są ogarnięci z kobietami - na mnie samego wpłynął w OGROMNYM stopniu właśnie taki pozytywny wpływ kolegów z licealnego TIAN, co opisałem w artykule "Jak stałem się z dobry z kobietami". (http://uwodzenie-milroh.blogspot.com/2012/02/jak-staem-sie-dobry-z-kobietami.html) Nie każdy imprezowicz jest dobry z kobietami, bywają różne przypadki, ale OGÓLNA TENDENCJA jest właśnie taka, że imprezowicze są w tym "statystycznie" lepsi i widzę to bardzo silnie u znanych mi osobach dobrych z kobietami - nie ma wśród nich ANI JEDNEJ osoby, która nie byłaby ponadprzeciętnie imprezowa.

Powyższe to moim zdaniem wartościowa informacja o tym jak ci ludzie stali się dobrzy z kobietami, ale jest to też pewnego rodzaju obrazek który powinien Wam pomóc w zrozumieniu tego, o jaki typ ludzi chodzi. Mam tu na myśli to, że dla tych osób imprezowanie i alkohol to ważna część życia, a jednocześnie coś przez co była kształtowana ich psychika. Dla nich impreza nie coś nadzwyczajnego, tylko raczej środowisko które doskonale znają i w którym czują się naturalnie. (Tylko proszę, niech nikt nie próbuje głupio naśladować powyższego, NA SIŁĘ dużo imprezując i pijąc - u tych ludzi to był pewien proces którzy przebiegał naturalnie, w latach w których byli jeszcze młodzi i psychicznie nieukształtowani, a towarzyszyła temu obecność odpowiednich kolegów. Jeżeli zrobicie to samo, ale w innych okolicznościach, bez tych czynników, to raczej nie uzyskacie takich samych efektów, a ja nie chciałbym, aby przez tego bloga ktoś np. popadł w alkoholizm.)


Inną rzeczą, która łączy tych wszystkich ludzi jest podobne PODEJŚCIE DO KOBIET I UWODZENIA. To jest coś łączącego tych wszystkich ludzi i dlatego moim zdaniem jest to faktycznie ta tytułowa dla tego artykułu "Psychika Uwodziciela", która charakteryzuje ludzi dobrych z kobietami i stoi tutaj "ponad" cechami indywidualnymi. Nie w takim sensie, że wygląda to 100% identycznie u każdego z moich znajomych, bo są pewne różnice, ale są one niewielkie w porównaniu z naprawdę dużym podobieństwem.

Psychika Uwodziciela "W Pigułce"

Na czym polega to PODEJŚCIE DO KOBIET I UWODZENIA?

Gdybym miał ujać to w jednym zdaniu, to napisałbym tak: KOBIETA SŁUŻY DO RUCHANIA.

Kobieta służy do ruchania, A WIĘC dążenie do jej zaruchania jest czymś normalnym, naturalnym, słusznym, oczywistym, itd itp. Kobieta jest do ruchania, A NIE DO TEGO, aby się jakoś specjalnie przejmować tym co sobie o nas pomyśli, czy też przejmować się byciem fair względem niej. Taka postawa w bezpośredni sposób przekłada się na wysoki stopień wewnętrznego przyzwolenia, na niski poziom stresu/rozterek/blokad w kontekście uwodzenia.


Ja oczywiście rozwinę temat dalej, ale powyższe to zasadniczo cała sprawa "W PIGUŁCE".

Jest to coś niby prostego, ale wielu ludzi ma problem z zauważeniem, (pełnym) zrozumieniem czy też zaakceptowaniem tego, że na tym właśnie opiera się ogarnięcie psychiczne osób dobrych z kobietami, a przynajmniej wszystkich które ja znam.

Co ciekawe, często ludzie w jakimś stopniu zauważają to o czym tu piszę, w jakimś stopniu to rozumieją, ale nie do końca. Często dana osoba ma kolegę który jest dobry z kobietami i który "przypadkiem" ma mniej więcej właśnie takie podejście do kobiet - wtedy taka osoba często zaczyna nad tym myśleć, zastanawiać się jak to jest, zadawać sobie pytania odnośnie tego, dlaczego ktoś o "płytkim" podejściu do kobiet ma ich więcej niż faceci o podejściu bardziej "dojrzałym". Potrafią ludziom z tego wychodzić całkiem przyzwoite wnioski, lecz najczęściej ich myślenie jest jakby "ucięte" w pewnym punkcie, w szczególności brakuje w nim konkluzji, świadomości tego, że to co obserwują to tak naprawdę WIELKA ZASADA, coś bardzo ważnego. Przy czym ja też ich rozumiem - np. ktoś ma znajomego który jest "pomniejszym ruchaczem", który jest w miarę dobry, ale nie jest naprawdę dobry i trudno jest takiej osobie dojść do tego, że to co obserwuje na przykładzie swojego znajomego to jest coś wielkiego i fundamentalnego.

Innym ciekawym zjawiskiem jest to, że u wielu ludzi występuje nie tylko zwyczajne niezrozumienie, nie tylko zwyczajna niekompetencja, ale także opór emocjonalny, opór światopoglądowy przed zaakceptowaniem, przyjęciem tego do wiadomośći. To o czym piszę dla wielu ludzi jest nieprzyjemnym obrazem, obrazem niezgodnym z ich światopoglądem, niezgodnym z ich przekonaniami odnośnie kobiet czy moralności. Tyczy się to szczególnie facetów idealizujących kobiety, dla których obraz według którego (atrakcyjne, inteligentne, fajne) kobiety dają dupy "draniom" czy też "prostakom" jest czymś oburzającym i niemożliwym do zaakceptowania. I co tu dużo mówić - to są oderwani od rzeczywistości idioci. Świat jest jaki jest, ucieczka od rzeczywistości poprzez negowanie tego co się komuś nie podoba to coś mocno patologicznego.


Tutaj napiszę to, że i ja i te kilkadziesiąt osób ogarniętych z kobietami, my jesteśmy generalnie różnymi ludźmi, ale wszyscy jesteśmy nie tylko imprezowiczami, ale także "niegrzecznymi chłopcami" jeżeli chodzi o kobiety. Nie mam tu na myśli bycia "Badboyem" w stereotypowym ujęciu - np. w sensie jakiegoś dobrze zbudowanego faceta z tatuażami, w skórze, z groźnym grymasem na twarzy, który jednym spojrzeniem dominuje kobietę, a potem idą razem się bzykać. NIE. My jesteśmy realnymi ludźmi, a nie postaciami rodem z filmów - jesteśmy generalnie mniej czy bardziej NORMALNI i jesteśmy "niegrzecznymi chłopcami" głównie w sensie naszego "niegrzecznego" podejścia do kobiet. I z jednej strony jesteśmy jak ja to lubię mówić "moralnymi degeneratami" w kontekście kobiet, ale z drugiej strony grupowo nie jesteśmy wcale złymi ludźmi. To znaczy wśród tych kilkudziesięciu osób były też takie osoby, które były ogólnie złymi, niegodnymi zaufania ludźmi, ale to nie jest cecha wspólna dla nasz wszystkich.

My jesteśmy tak naprawdę imprezowiczami którzy na pewnym etapie życia nauczyli się, że "niegrzeczne" podejście do kobiet - traktujące je przedmiotowo, egoistyczne, manipulacyjne, itd itp, daje więcej sukcesów/seksu, większy luz i wolność w kontaktach z kobietami. Mamy też generalnie poparte realnymi przykładami z życia wrażenie, że kobiety niekoniecznie zasługują na to, aby traktować je inaczej, a mężczyźni którzy traktują je inaczej są względem nas przegranymi seksualnie i emocjonalnie frajerami. Zresztą tak naprawdę u źródeł tego wszystkiego leży właśnie nauka wyciągnięta z życia, obserwacja praktycznych efektów różnych postaw widocznych u różnych ludzi. To tak jak ze mną i z moim licealnym TIAN - po prostu zobaczyłem, że "imprezowicze" mają więcej kobiet niż moi "normalni" znajomi, więc zacząłem naśladować tych pierwszych, odrzucając punkt widzenia tych drugich.

Jeszcze jedna kwestia - jeżeli piszę o "niegrzecznym" podejściu, to mam na myśli WEWNĘTRZNE nastawienie, a nie jakiegoś rodzaju chamskie zachowanie - zachowanie to inna bajka, tutaj osoby o których mówię są generalnie miłe, a nawet czarujące. I to także w ramach obserwacji praktycznych efektów i podążania za tym co działa.


Tutaj przytoczę pewną historię, którą usłyszałem od osoby którą przedstawię Wam pod pseudonimem "Warszawski Łotr":

Warszawski Łotr rozmawiał ze swoim ojcem na temat kobiet - jego ojciec też swoje w życiu ruchał i jest konkretnym zawodnikiem. Rozmawiali na temat stosunku, podejścia do kobiet, szczególnie w kontekście rozstawania się z kobietami. Podczas rozmowy Warszawski Łotr palił papierosa - w pewnym momencie ojciec wskazał na papieros i powiedział: "Palisz teraz? Smakuje Ci? A jak zgaśnie to nie będziesz juz o tym myślał i pamiętał.", a potem "Co się robi z wypalonym papierosem? WYRZUCA".

Moim zdaniem ta historia nie tylko fajnie brzmi, ale także dobrze oddaje pewien sposób myślenia, postrzegania kobiet.


Głęboki vs Płytki Poziom Psychiki

Wcześniej napisałem o tym, że Psychika Uwodziciela to w dużym uproszczeniu nastawienie "Kobieta jest do ruchania". I to jest prawda, ale trzeba w tym kontekście wyjaśnić pewną kwestię.

Chodzi o to, że to co napisałem tyczy się sytuacji, w której której ktoś AUTENTYCZNIE, GŁĘBOKO funkcjonuje tak jak to opisałem. Chodzi o sytuację, w której ktoś nie tyle myśli, co CZUJE się w taki sposób.

Wielu, wielu facetów ma tak, że niby mają oni coś takiego, ale tylko na PŁYTKIM, POWIERZCHOWNYM poziomie. Można to ująć tak, że tacy faceci myślą, ale NIE CZUJĄ tego. Efektem tego jest osoba która niby jest ogarnięta, ale tak naprawdę nie jest - bo gdy przychodzi co do czego, podczas sytuacji uwodzeniowej w realnym życiu, to nagle ich powierzchowne "rozsądne" myśli zostają rozbite w puch, a do głosu dochodzą "nierozsądne" poglądy i odczucia znajdujące się na głębszym, w istocie silniejszym poziomie ich psychiki. Część takich ludzi dostrzega to i zdaje sobie sprawę z tego, że tak naprawdę mają problem ze swoją psychiką - bo sami postrzegają swoje własne reakcje emocjonalne jako coś szkodliwego. Natomiast część idzie patologiczną ścieżką wyparcia i budowania swojej "samooceny uwodzeniowej" w oparciu o swoje powierzchowne myśli - czego efektem są osoby mające siebie za ogarnięte, czasami wygłaszające na ten temat całkiem rozsądne opinie, ale u których sprawy się "sypią" w konfrontacji z realnymi sytuacjami uwodzeniowymi.


Czym jest "Głęboki Poziom Psychiki"? Tak naprawdę to nie wiem, widzę jedynie oznaki, cechy jego działania. Na pewno jest to coś co zmienia się długofalowo, pod wpływem doświadczeń życiowych - jest to przypuszczalnie część psychiki odpowiedzialna na naszą "długofalową" osobowość, ta sama która odpowiada za powtarzanie wzorców zaabsorbowanych w dzieciństwie, ta sama którą na psychoterapii zmienia się podczas wielomiesięcznej, a nawet wieloletniej pracy.

W tym kontekście mamy tutaj pewien "sekret" - ludzie dobrzy z kobietami to generalnie ludzie którzy są DŁUGOFALOWO "wychowani" w odpowiedni sposób, przez co są ogarnięci na GŁĘBOKIM, a nie jedynie powierzchownym poziomie. Z tym jest podobnie jak z powtarzaniem tego, co zostało nam wpojone w dzieciństwie - tylko tutaj okresem tego kształtowania jest na ogół okres liceum lub studiów, a rolę "wychowawców" odgrywają najczęściej odpowiedni koledzy.

Powyższy fakt jest przyczyną wielu nieporozumień. Często ludzie "normalni", czyli tak naprawdę słabi z kobietami patrzą na ludzi dobrych z kobietami i starają się zrozumieć jak tamci to robią, starają się ich naśladować. Tylko problem w tym, że ci "normalni" faceci starają się to zrozumieć/naśladować poprzez wysiłek na powierzchownym poziomie, podczas gdy ich poziom głęboki jest pełen syfu przeszkadzającego w uwodzeniu. I nawet jeżeli coś zrozumieją, nawet jeżeli jakieś podchwycone zachowania okażą się być skuteczne, to i tak będzie się to miało nijak do tego, jak dobrze działają osoby ogarnięte na głębokim poziomie. I nie chodzi tu o samą skuteczność, ale też o KOMFORT - o to, że osoba poukładana na głębokim poziomie uwodzi na większym czy mniejszym luzie, a osoba niepoukładana męczy się, wysila, ponosi duże koszty emocjonalne.

To też jest pewnego rodzaju błędne koło dla tych "normalnych", bo jeżeli uwodzenie jest trudne emocjonalnie i mało skuteczne, to może powstawać, a potem UGRUNTOWYWAĆ się przekonanie, że uwodzenie jest i musi być takie - że jest to coś ciężkiego, wymagającego siły woli i wyrzeczeń, itd itp. I na poziomie głębokim/emocjonalnym może się w takiej osobie jeszcze mocniej zakodować, że uwodzenie to wysiłek przez zaciśnięte zęby, a nie coś fajnego i przyjemnego.

U osoby ogarniętej w dużej mierze też jest "koło", tylko raczej nie "błędne" - u takiej osoby, jeżeli nie przerwie tego miłość/małżeństwo/dziecko (a i to często "nie działa"), to w gruncie rzeczy wysiłku, świadomej pracy wymagałoby ZAPRZESTANIE prowadzenia dobrego życia seksualnego. Bo zawsze jest jakaś impreza, chce się i tak gdzieś wyjść, a gdy już się wyjdzie, to zawsze są jakieś fajne laski. A jeżeli czujemy się ok z podejściem, jeżeli nie jest to dla nas duży wysiłek emocjonalny, to dlaczego nie mielibyśmy podejść? Szczególnie jeżeli wiemy z doświadczenia, że mamy realne szanse skończyć z laską w łóżku? To powoduje, że wśród osób ogarniętych są ludzie którzy mają dużo kobiet, a są naprawdę leniwi i/lub zdezorganizowani - po prostu bzykanie jest dla nich na tyle łatwe i wymagające mało wysiłku, że lenistwo/dezorganizacja nie jest przeszkodą.


CDN

środa, 31 sierpnia 2016

Psychika Uwodziciela, część 1



To jest pierwsza część cyklu o ogarnięciu/nieogarnięciu psychicznym - nie jestem pewien, ale całość pewnie będzie miała około 3 części.


Zalecana Lektura

Pewnie większość czytelników bloga już to czytała, ale jeżeli ktoś nie czytał, to polecam lekturę tych dwóch artykułów:

http://uwodzenie-milroh.blogspot.com/2012/02/jak-staem-sie-dobry-z-kobietami.html

http://uwodzenie-milroh.blogspot.com/2012/06/o-braku-szacunku-do-kobiet.html


O czym jest ten cykl artykułów?

Tematem tego cyklu jest psychika uwodziciela - nasze wewnętrzne uporządkowanie, ogarnięcie emocjonalne i światopoglądowe. To jak myślimy i co czujemy odnośnie kobiet, uwodzenia i naszej pozycji względem tego wszystkiego.

Chodzi tu o to, co odróżnia psychikę osoby dobrej z kobietami od psychiki osoby słabej z kobietami. O to co powoduje, że jeden facet jest w stanie rozmawiać, uwodzić i bzykać kobiety na luzie, bez stresu czy napięcia, a inny facet stresuje się przy byle odezwaniu się do kobiety, myśl o podjęciu próby zaciągnięcia jej do łóżka napawa go panicznym, paraliżującym strachem.

Na ile ważne jest ogarnięcie psychiczne? Jakie są efekty ogarnięcia lub jego braku?

Jest to coś BARDZO, BARDZO WAŻNEGO.

Wystarczy spojrzeć na banalną sytuację - facet widzi w klubie czy na ulicy bardzo atrakcyjną kobietę i pragnie jej, ale boi się do niej podejść, sama myśl o podejściu jest dla niego głeboko stresująca, więc nie podchodzi. I w takiej sytuacji problemy z psychiką obniżają skuteczność praktycznie do zera, bo skoro facet nie jest w stanie w ogóle podejść i zagadać do kobiety, to raczej jej nie uwiedzie i nie prześpi się nią (pomijam rzadkie sytuacje, kiedy to kobieta podejdzie do niego).

Wielu facetów ma powyższy problem, ale nie w formie całkowitej, tylko w formie częściowej. Czyli np. facet jest w stanie podejść do kobiety w klubie, ale nie na ulicy. Albo jest w stanie podejść , ale tylko po alkoholu, a nie na trzeźwo. Albo jest w stanie podejść do kobiety przeciętnej lub umiarkowanie ładnej, ale do bardzo ładnej to już nie.

Ale takie sytuacje typu "facet nie podchodzi od kobiety" to tylko część problemu. To jest coś bardzo oczywistego, coś "czarno na białym", natomiast są też inne sytuacje, które są mniej oczywiste.

Bywa tak, że facet jest zestresowany, ale mimo tego jest w stanie podejść, często na siłę, "przełamując się". Problem w tym, że co prawda podszedł, tylko że nadal jest mniej czy bardziej zestresowany i to odbija się na JAKOŚCI jego interkacji. Facet zestresowany wypada gorzej, bo jego zestresowanie jest mniej czy bardziej WYCZUWALNE/WIDOCZNE w jego spojrzeniu, mimice twarzy, tonie głosu, itd itp. W cięższym przypadku laska całkiem świadomie zdaje sobie sprawę z tego, że on jest spięty, natomiast w lżejszym ona nie widzi tego w zdecydowany sposób, ale wywierane wrażenie, atmosfera interakcji jest "niewyraźna", dużo gorsza niż mogłaby być przy większym wyluzowaniu. Gdy facet podchodzi pomimo zestresowania, to co prawda ma jakieś szanse na sukces i w tym sensie jest to dużo lepsza sytuacja niż gdyby nie podszedł, ale są to szanse mniejsze niż gdyby był wyluzowany. Przy czym tutaj może być masa różnych czynników, wiele zależy od innych cech faceta, wiele zależy od kobiety, itd - przykładowo zestresowany przystojny facet może mieć spore szanse u przeciętnej dziewczyny, ale zestresowany przeciętnie wyglądający facet ma raczej niewielkie szanse na przespanie się z modelką.

Jeszcze inną sprawą jest to, jak problemy z psychiką wpływają na sposób prowadzenia interkacji, w sensie tego robi/mówi facet, a raczej czego NIE robi. Chodzi o to, że tak jak kwestia podejścia jest jakimś testem, wyzwaniem dla psychiki faceta, tak samo testami/wyzwaniami są inne rzeczy, takie jak np. kwestia pocałowania dziewczyny, albo nawet kwestia poprowadzenia rozmowy w jakimś bardziej osobistym czy "niestosownym" kierunku. Klasycznym przykładem takiej patologii jest to, gdy facet idzie z kobietą na randkę, a na randce nie ma odwagi spróbować jej pocałować. Z tego generalnie robią się dziwne, słabe interakcje, w których facet częściowo próbuje zdobyć laskę, a częściowo tego unika, bo czuje się niekomfortowo.

Podsumowując, brak ogarnięcia psychicznego generuje zasadniczo 2 rodzaje negatywnych efektów:

1. Facet czegoś NIE ROBI, bo czuje się z tym niekomfortowo. Czyli np. w ogóle nie podchodzi do kobiety, nie całuje jej na randce, itd itp.

2. Facet ma "złą energię", "emanuje" zestresowaniem/napięciem/dyskomfortem poprzez spojrzenie, mimikę, mowę ciała, ton głosu, itd itp, przez co wypada gorzej.

Tego typu problemy wynikające z braku odpowiedniego ogarnięcia psychicznego dotykają różnych facetów w różnym stopniu, a także różnie w różnych okolicznościach. W szczególności chodzi mi tu o to, że wielu facetów radzi sobie przyzwoicie, dobrze czy nawet bardzo dobrze z kobietami, ale tylko na domówce lub w klubie, i tylko po alkoholu. Takie osoby z jednej strony potrafią być naprawdę bogate życie seksualne, mieć na koncie czasami po kilkadziesiąt czy nawet więcej lasek, ale z drugiej strony jest to ograniczone do określonego kontekstu (domówka/klub, alkohol) i te same osoby poza imprezą i na trzeźwo są tylko cieniem tego, co prezentują na imprezach. I na takie osoby można patrzeć różnie - z jednej strony można się czepiać, że ich uwodzenie jest uzależnione od alkoholu i określonych okoliczności - zresztą czymże jest tutaj alkohol, jeżeli nie "protezą" uzupełniającą braki ogarnięcia psychicznego? Ale z drugiej strony jeżeli ktoś ma bogate i fajne życie seksualne, to też nie ma co za bardzo szukać dziury w całym. Szczególnie, że takie osoby w dużym stopniu SĄ dobre - to nie jest tak, że byle chłystek może wyjść na imprezę, napić się i już świetnie sobie radzi - tabuny gości piją, ale tylko niektórzy z nich są na tyle ogarnięci, że pomoc ze strony alkoholu wystarcza im do bycia dobrymi.


Wcześniej napisałem o tym, że brak ogarnięcia psychicznego [w kontekście danych okoliczności] generuje 2 rodzaj problemów. A co jeżeli jest odwrotnie, jeżeli ktoś jest dobrze ogarnięty [w kontekście danych okoliczności]?

Ma miejsce "odwrócenie" poprzednich dwóch punktów:

1. Mamy LUZ, WOLNOŚĆ EMOCJONALNĄ do zrobienia tego, co chcemy. Czyli możemy podejść, możemy pocałować, możemy powiedzieć cokolwiek, możemy zrobić cokolwiek - "ogranicza" nas tylko nasza szczera opinia odnośnie tego, co naszym zadaniem zadziała lub nie zadziała, a nie strach czy dyskomfort. I niech nikt nie myli tego z "przełamywaniem się", gdzie ktoś wykonuje jakieś działanie, ale dzięki temu, że siłą woli pokonuje (tymczasowo) swoje opory - mi chodzi o coś zupełnie innego - o sytuację w której nie potrzebujemy siły woli, nie musimy walczyć, bo nie mamy oporów i czujemy się z czymś autentycznie ok.

Tutaj jest też taka dodatkowa, "ukryta" korzyść która być może nie jest dla każdego oczywista. Chodzi o nasz komfort - myśląc o uwodzeniu myślimy na ogół o zdobywaniu lasek i oczywiście słusznie, bo to jest celem uwodzenia, natomiast nie wiem na ile ludzie np. czytający tego bloga mają świadomość tego, że luz wynikający z ogarnięcia psychicznego jest jakby wartością samą w sobie - oczywiście generalnie chodzi o laski, ale dodatkową wartością jest tutaj nasz komfort, nasz luz. Nie wiem na ile to jest zrozumiałe, bo większość czytelników bloga najprawdopodobniej nigdy nie była w mojej sytuacji, ale patrząc na innych, "normalnych" ludzi oprócz gigantycznej różnicy w ilości i jakości lasek, widzę też zauważalną różnicę w komforcie jeżeli chodzi o przebywanie wśród nieznajomych kobiet. Mam na myśli to, że ja nie mam tego EMOCJONALNEGO przejmowania się, martwienia tym co laska sobie pomyśli. Mogę o tym myśleć i zajmować w sensie praktycznym, "taktycznym", ale nie mam tego zestresowanego, emocjonalnego martwienia się, które widać u wielu innych facetów. I moim zdaniem nawet odsuwając na bok samą efektywność w uwodzeniu, to ten komfort, luz, wolność od przejmowania się jest korzyścią samą w sobie.

2. Lepsza "emanacja" w sensie innego spojrzenia, mimiki twarzy, mowy ciała, tonu głosu, itd itp. Moim zdaniem ten efekt ma tak naprawdę dwa poziomy, czy też aspekty:

A. Brak negatywnej "emanacji", brak "złej energii" - czyli brak tego, co opisałem wcześniej opisując efekty niedostatecznego ogarnięcia - nie mamy tej "emanacji" zestresowania i dyskomfortu, nie mamy tego efektu wypadania gorzej. Co już stawia nas na lepszej pozycji względem większości facetów, którzy mają wypisane na twarzy napięcia, lęki, kompleksy, itd.

B. Pozytywna "emanacja", "dobra energia" - tak jak widać w ludziach złe rzeczy, takie jak zestresowanie, tak widać też te dobre. I dlatego jeżeli ktoś jest wyluzowany, jeżeli ktoś jest konkretnym facetem, a nawet draniem, to też w jakimś stopniu to po nim widać. Laski jeżeli nie na świadomym, to na podświadomym poziomie widzą, CZUJĄ, że ten facet jest w jakiś sposób inny, w jakiś sposób "lepszy" psychicznie, seksualnie czy życiowo. I nie chodzi o to, że ten efekt jest jakiś super potężny, moim zdaniem jest dużo mniej ważny od zwyczajnego wyglądu, ale jednak ma miejsce i ma jakiś wpływ.


Błędne przekonania/wyobrażenia odnośnie znaczenia (nie)ogarnięcia psychicznego.

Jak to często bywa w tego typu sytuacjach, odnośnie znaczenia (nie)ogarnięcia psychicznego zdarzają się dwa przeciwstawne typy błędnych przekonań - jedne umniejszające, drugie wyolbrzymiające to znaczenie.

1. Wielu ludzi dostrzega tylko część efektów ogarnięcia/nieogarnięcia. Chyba każdy rozumie to, że jest jakiś czynnik psychiczny potrzebny do tego, aby "mieć odwagę" podejść. Sporo ludzi rozumie też to, że podejście podejściem, ale dobrze byłoby, gdyby facet nie był w widoczny sposób zestresowany. Na tym jednak na ogół kończy się zrozumienie - pomijając przypadki widocznego zestresowania, większość ludzi nie dostrzega tego, że źle ułożona psychika daje złą "energię", co oczywiście źle wpływa na uwodzenie. Nie widzą też oni tego, jakie znaczenie ma dobra "energia" i jak sukcesy wielu facetów radzących sobie dobrze z kobietami opierają się w mniejszym czy większym stopniu między innymi na tym.

"Klasyką gatunku" jest sytuacja, w której facet ma złą energię, ale nie dostrzega, nie rozumie tego i próbuje uwodzić, oczywiście z marnymi skutkami. Przez lata widziałem w klubach setki, jeżeli nie tysiące takich sytuacji - facet podchodzi do kobiety i stara się ją poderwać, ale na jego twarzy jest wypisane to, że jest LESZCZEM. Ja to widzę i jednocześnie wiem o co chodzi, natomiast kobieta nie rozumie tego tak dobrze jak ja, ona tylko CZUJE tę jego złą energią i myśli po prostu "jakiś leszcz się do mnie podwala". I jeżeli on jest przystojny albo wygląda na bogatego, to ona może dać mu szansę POMIMO jego złej energii, ale jeżeli nie jest, to jego szanse na sukces są nikłe. Tak właśnie najczęściej wygląda "uwodzenie" w wykonaniu zdecydowanej większości facetów podchodzących do kobiet w klubach - do kobiety podchodzi facet z wypisanym na twarzy niewerbalnym przekazem "jestem LESZCZEM", który tak naprawdę nie ma u niej realnych szans. Mnie osobiście to z jednej strony śmieszy, ale z drugiej też czasami denerwuje, bo tacy faceci robią "tłok", zamieszanie w klubie, pogarszają atmosferę, "blokują" laski tak naprawdę z góry skazanymi na niepowodzenie próbami podrywu.


Przez to powszechne wśród innych facetów niedostrzeganie, niezrozumienie znaczenia ogarnięcia psychicznego mam też problemy w kontaktach ze znajomymi. Chodzi o to, że moi znajomi w dużej mierze wiedzą o tym, że jestem bardzo dobry z kobietami i często zadają mi odnośnie tego pytania. W czym problem? W tym, że osoby pytające najczęściej są mocno nieogarnięte psychicznie, ale ich niski poziom zrozumienia tematu powoduje, ze zadają mi pytania typu "Co mam mówić do laski?". I oczekują, że skoro ja się na tym znam, to udzielę im szybkiej i krótkiej, a jednocześnie dobrej odpowiedzi, dzięki której zacznie im lepiej iść z kobietami. A ja patrzę na gościa i wiem, że on ma psychikę "do wymiany", a wyleczenie go z bycia leszczem/frajerem to kwestia może roku, może dwóch lat wspólnego wychodzenia - a to nie jest coś, co on chciałby usłyszeć, a także najprawdopodobniej nie jest to coś, co on byłby w stanie zrozumieć bez wielogodzinnego tłumaczenia.

Powyżej przedstawiam sprawy z mojego punktu widzenia, ale mam nadzieję, że każdy czytelnik bloga rozumie, że jest to też jak najbardziej istotna informacja pt. "jacy ludzie są głupi" i "jakiego typu facetem warto NIE BYĆ".


2. Przeciwnym rodzajem błędnego przekonania jest wyolbrzymianie znaczenia ogarnięcia psychicznego. Mam tu na myśli różnego rodzaju zwichrowane poglądy, według których ogarnięcie psychiczne to praktycznie 100% uwodzenia, super potężny czynnik "unieważniający" działanie wyglądu czy pieniędzy.

Co tu dużo mówić - są to DEBILNE BZDURY.

Jasne - ogarnięcie psychiczne jest bardzo ważnym czynnikiem, ale ma to swoje GRANICE.

Wygląd ma znaczenie i to znaczenie OGROMNE, tak samo jak pieniądze. Dobra lub zła "energia" wynikająca z ogarnięcia lub nieogarnięcia psychicznego jak najbardziej może to MODYFIKOWAĆ , ale w pewnych GRANICACH.

W szczególności dobra energia płynąca z ogarnięcia psychicznego NIE odmieni sytuacji, w której facet jest wizualnie nieatrakcyjny, poniżej realnych minimalnych wymagań danej kobiety. Po prostu - kobieta widząc wyraźnie nieatrakcyjnego faceta "skreśla" go, niezależnie od jego energii czy zachowania, podobnie jak my skreślamy brzydkie laski niezależnie od tego, jakie nie byłyby fajne na innych płaszczyznach. Co innego, gdy ktoś nie jest mocno atrakcyjny, ale spełnia nasze minimalne wymagania ORAZ ma dobrą energię - wtedy to jak najbardziej ma znaczenie.

Głównym źródłem błędnych przekonań wyolbrzymiających znaczenie ogarnięcia psychicznego jest "anty-wiedza" - nieprawdziwe informacje na temat uwodzenia propagowane przez różnych pseudo-ekspertów. To jest nieuczciwy marketing trafiający w myślenie życzeniowe wielu facetów, którzy chcieliby, aby istniała "magiczna broń" która pozwoli im zneutralizować różnego rodzaju braki, szczególnie wyglądowe czy finansowe. Problem w tym, że czegoś takiego nie ma - są tylko fałszywe obietnice typu "Kup mój super produkt, a będziesz miał najlepsze laski, niezależnie od tego jak wyglądasz i ile masz pieniędzy!". I to jest MOCNO SZKODLIWE - nie dlatego, że ktoś straci trochę pieniędzy, ale dlatego, że jest to ZATRUWANIE SWOJEGO UMYSŁU fałszywym obrazem uwodzenia, bzdurami autorstwa osób które wcale nie są dobre z kobietami, tylko dobre w "strzyżeniu jeleni".

Innym źródłem tego typu błędnych przekonań jest wyciąganie błędnych, zbyt daleko idących wniosków na podstawie obserwacji sytuacji z życia. Przykładowo ktoś ma kolegę dobrego z kobietami, który bzyka laski dużo atrakcyjniejsze od niego samego i na tej podstawie wysnuwa wniosek, że "wygląd nie ma znaczenia, tu chodzi o pewność siebie!" - tylko tak się "niefortunnie" składa, że ten kolega jest w miarę atrakcyjny i mieści się w minimalnych wymaganiach wyglądowych tych lasek - czyli jest to działanie w obrębie "granic" o których wcześniej wspomniałem, a nie żaden dowód na to, że rzekomo ogarnięcie psychicznie całkowicie unieważnia znaczenie wyglądu.


Podsumowanie:

Ogarnięcie psychiczne jest z jednej strony BARDZO WAŻNE, ale z drugiej strony nie jest "magiczną bronią", tylko czynnikiem działającym w pewnych granicach.

CDN

W następnej części napiszę o tym, na czym polega ogarnięcie psychiczne, jaki jest sposób myślenia, sposób postrzegania świata, przekonania i nastawienie moje oraz innych znanych mi osób dobrych z kobietami.

poniedziałek, 18 lipca 2016

Blondynka z klubu



Ta akcja jest o tyle inna niż poprzednie, że została przeprowadzona po części z myślą o czytelnikach bloga. :)

Tego dnia słabo się czułem, byłem śpiący i pozbawiony siły. W ogóle nie planowałem, nawet nie myślałem o pójściu do klubu, ale zadzwonił do mnie kolega i zaczął namawiać na wyjście. Okazało się, że ma już nagranego na wyjście naszego wspólnego kolegę. Po długim namawianiu odpowiadam, że się zastanowię. No i się zastanawiam - nie czuję się idealnie, ale przecież mogę się napić z kolegami, a przy okazji MOŻE "dla jaja" zrobię akcję, z której potem opiszę raport. A jeżeli nie będę się czuł na siłach, to ograniczę się do pogadania z kumplami, co jest samo w sobie całkiem fajną perspektywą. W końcu dzwonię do kolegi i oznajmiam, że przybędę.

Przygotowuję się, ubieram, wyjeżdżam.

Docieram do klubu i znajduję w środku chłopaków, którzy właśnie w trakcie chlania. Jeden z nich tak jak ja pije normalnie, ale drugi jest z tych, którzy piją jak smoki. Pijemy, gadamy i na razie tylko luźno gapimy się na laski.

W klubie jak to w klubie, ładnych kobiet jest wiele, niestety część jest z facetami. W pewnym momencie zauważam jedną laskę, która zdecydowanie wyróżnia się swoją urodą. Jest średniego wzrostu jasną blondynką z BARDZO zgrabnymi nogami i ŚLICZNĄ, dziewczęcą twarzą. Ma odsłonięte, zgrabniutkie łydki z mlecznobiałą skórą. Całościowo sprawia wrażenie "świeżości", a także niewinności. Wygląda trochę tak, jakby miała 15 lat i spędziła całe życie w jakimś kurorcie dbając o cerę. Oczywiście widzę, że tak naprawdę ona ma ponad 20 lat, wiem też o tym, że jej cera to kwestia genetyki - niektóre laski tak mają, ale efekt jest tak czy inaczej bardzo fajny. Dziewczyna nie jest z absolutnie najwyższej półki - są ładniejsze, ale aż tak wiele jej nie brakuje i jest zdecydowanie "bardzo ładna", a nie tylko "ładna". To nie jest topowy klub i tak się składa, że ona jest najlepszą laską w klubie.

Jej towarzyszką jest jako tako ładna, ale jednocześnie dużo słabsza brunetka - ładna twarz i w miarę przyjemne, choć odrobinkę za masywne ciało. (nie jakaś specjalna otyłość, tylko bardziej grubokoścista budowa ciała).

Ok, czyli mamy najlepszą laskę w klubie - bez faceta, w towarzystwie jednej koleżanki - bardzo dobra sytuacja. Niestety są dwa problemy - duży i mały.

Mały problem jest taki, że właśnie podbiło do nich jakichś dwóch facetów. To najczęściej oznacza powiedzmy 5% szansę na to, że laski zostaną z tymi kolesiami, a 95% szansę, że za najdalej 10 minut będą już wolne. Jeżeli ci goście je wyrwą, to trudno, ale najbardziej prawdopodobne jest to, że im to się nie uda - facetów którzy podchodzą w klubach jest dużo, facetów którzy są w tym dobrzy jest wielokrotnie mniej.

Dużym problemem jest moje samopoczucie. Nie, nie czuję się zestresowany - czuję się słabo fizycznie, jestem BEZ ENERGII, najchętniej bym się położył i zasnął. No cóż, tak to bywa gdy idzie się do klubu mając "zły dzień", bo akurat wtedy kolega zadzwonił, zamiast wyjść wtedy, gdy jest się w dobrej formie. W tej chwili z jednej strony mam psychiczne pragnienie zdobycia blondynki, ale moje ciało ma ochotę na danie sobie spokój i odpoczynek. Postanawiam spróbować się jakoś ogarnąć, bo mam wrażenie, że w swoim obecnym stanie przedstawiałbym w potencjalnej akcji nędzny cień siebie samego. Zamawiam więc Red Bulla, szybko go piję i idę NA PARKIET. Z góry mówię, że osoby spodziewające się teraz opisu uwodzenia na parkiecie będą zawiedzione, bo żadnego uwodzenia na parkiecie nie było. Poszedłem na parkiet w celu zrobienia "Aerobiku" - po prostu poruszać się, rozgrzać, "rozbudzić się". Nie ma maksa, bo nie przecież nie chciałem się spocić czy też pomiąć sobie zbytnio ubranie, ale tak umiarkowanie. Tańczę sobie, gapię się na laski w nadziei, że moi ich widok też mnie trochę pobudzi, ale niczego nie robię. Mijają tak kolejne minuty i kogo widzę kilka metrów dalej? Oczywiście blondynkę razem z jej koleżanką brunetką. Czyli wyszło tak jak się spodziewałem - faceci którzy do nich podeszli pogadali, pogadali, a potem zostali spławieni. Teoretycznie mógłbym do niej podejść na parkiecie, bo czuję się już lepiej, ale podejścia w tańcu to nie moja specjalność, więc odwracam się do nich plecami, odchodzę kolejne kilka metrów dalej i kontynuuję "aerobik".

Po kilku minutach poczułem się już całkiem ok - nie super, ale normalnie, więc mogłem przejść do dalszych działań. I tutaj są dla mnie jasne dwie sprawy:

1. Podrywanie na parkiecie to nie mój styl, zdecydowanie chcę podejść poza parkietem.

2. Laski są dwie, więc najlepiej będzie podejść z kolegą, w układzie 2x2.

Jestem w klubie z dwoma kolegami, obu których znam od wielu lat, tak więc wiem doskonale jacy są i czego mogę się po nich spodziewać podczas akcji. I wiem też od razu, że jeden z nich jest zbytnio "niesterowalny", za mało zdyscyplinowany, natomiast drugi będzie dużo lepszym wyborem. Ten pierwszy to taki klasyczny "stary TIANowiec", który jest dobry, ale lubi robić rzeczy po swojemu. A ten drugi to osoba którą uczyłem od podstaw, czyli ktoś kto podchodzi do tego w podobny, zdyscyplinowany sposób, a przy okazji ma także względem mnie spory dług wdzięczności.

Gdzież jest więc mój wierny giermek? :)

Schodzę z parkietu i idę szukać moich kolegów. Odnajduję ich i widzę, że obracają jakieś brunetki - w sumie mogłem się tego spodziewać. Jest mały problem, bo oni są w trakcie akcji, a ja bym chciał zabrać jedno z nich do mojej. Zastanawiam się i patrzę na laski - są ładne, ale wyraźnie słabsze od blondynki którą chcę zdobyć. Znajduję w tym usprawiedliwienie do zakłócenia ich akcji, aczkolwiek postanawiam dać im jeszcze trochę czasu - jeżeli zaczekam, to wtedy ten kolega którego nie zabieram będzie miał większe szanse na sukces ze swoją brunetką. Po może 10 minutach podchodzę i wyjaśniam drugiemu koledze sytuację. Zgadza się olać swoją brunetkę i idzie ze mną pomóc mi w polowaniu na blondynkę.

Idziemy w kierunku miejsca, gdzie ostatnio widziałem na parkiecie blondynkę. Jest tam nadal, więc zaczynamy "czatować" na prawdopodobnej trasie jej powrotu. Nie jest to nic specjalnie ekscytującego, ale wolę to niż uwodzenie na parkiecie.

Stoimy z kolegą i rozmawiamy, aż wreszcie widzę, że dziewczyny schodzą z parkietu. W tym momencie następuje zasadniczo najtrudniejszy element całej akcji - zrobienie DOBREGO podejścia. Bardzo łatwo jest zrobić JAKIEŚ podejście, to znaczy średnie lub słabe. I nawet może coś z takiego średniego czy nawet słabego podejścia być, tylko pytanie jak często i z jakiej klasy kobietami. A ja chcę ZMAKSYMALIZOWAĆ swoje szanse na sukces, więc chcę zrobić DOBRE podejście, a to nie jest łatwe. Idealnie byłoby, gdybym mógł najpierw "zaprezentować" się lasce, tak aby ona mnie zobaczyła, odnotowała w swojej głowie pozytywne wrażenie, a ja niby dopiero wtedy bym ją zauważył i "spontanicznie" do niej podszedł, startując z poziomu jej pozytywnego wrażenia, a nie jakiegoś losowego faceta pojawiającego się znikąd i gadającego jej coś od razu do ucha. Inaczej może się u niej pojawić irytacja i/lub "autopilot" na spławienie natręta, zanim w ogóle będę miał szanse jej coś zaprezentować. Oczywiście to nie jest jedyny czynnik i nie jest to też absolutnie konieczne, ale na pewno lepiej jest, gdy tak to wygląda. Niestety klub żyje swoim życiem, ludzie ciągle się kręcą i przepychają, jest wielka szansa np. na to, że między mną a laską pojawią się przechodzące między nami osoby, a w tym czasie ona mnie minie i będę ją musiał "ganiać od tyłu", albo zaryzykować np. to, że laska wejdzie mi na nie wiadomo jak długo do damskiej toalety.

Zanim przejdę dalej, wspomnę o kilku rzeczach, które działają na moją korzyść i które są tutaj istotne:

1. Jestem dość atrakcyjnym fizycznie facetem - według większości ocen jestem 6-7/10. To nie jest żaden super dobry wygląd, takich facetów jest mnóstwo, a w klubie zawsze (tego dnia też) są faceci zdecydowanie przystojniejsi ode mnie, ale to jednak ma znaczenie, bo co prawda nie jestem w czołówce, ale podobam się kobietom. To tak samo jak z laską 6-7/10 - taka laska nie robi super wrażenia, raczej nie wywołuje super napalenia, ale "na spokojnie" się podoba.

2. Jestem BARDZO dobrze ubrany. W dużym skrócie mówiąc, bardzo dobre ubranie z jednej strony wygląda dobrze optycznie, a z drugiej strony sugeruje, że dany facet jest zamożny, że pewnie prowadzi fajne życie i jest ogólnie ogarnięty, że ma powodzenie u innych kobiet i jest dobrą partią, itd itp. Generalnie rzecz biorąc, bardzo dobre ubranie powoduje, że już na starcie wiele kobiet patrzy na nas dużo bardziej przyjaznym wzrokiem.

3. Jestem AUTENTYCZNIE wyluzowany. Nie tak jak wielu innych facetów, którzy co prawda są w stanie podejść, czy też raczej "przełamać się do podejścia", ale tak naprawdę nadal jest w nich napięcie, napięcie które widać w ich spojrzeniu, minie i ruchach. Ja jestem autentycznie wyluzowany, a człowiek wyluzowany lepiej wypada i ma lepszą "energię". Nawiasem mówiąc, są badania naukowe które wykazały, że atrakcyjność seksualna wbrew typowym wyobrażeniom nie zależy od poziomu testosteronu, czyli od męskości, ale od niskiego poziomu kortyzolu, "hormonu stresu", czyli zasadniczo właśnie od wyluzowania.

4. Stosuję to, co nazywam "Grą Aktorską". Chodzi o to, że wchodzę w pewną "rolę", odgrywam różne rzeczy, podobnie jak czyni to aktor teatralny (teatralny, bo on musi grać na żywo, bez powtórek). Tylko ja nie odgrywam określonej postaci, a raczej określony RODZAJ postaci (typ faceta), czy też konkretne cechy, reakcje i zachowania.

To nie jest łatwa sprawa do wytłumaczenia - nie tylko w tekście, ale nawet na żywo. Wiele osób nie za bardzo dostrzega efekt, a ci którzy dostrzegają często miewają problemy z brakiem wyluzowania, potrzebnym do robienia tego w praktyce.

Nie chcę się nad tym zbytnio rozwodzić, ale w skrócie chodzi o to, aby kontrolować swoją "energię", swoją mimikę i spojrzenie, a także mowę ciała, poprzez ODGRYWANIE czegoś. Większość ludzi tego nie ma i nawet pomijając zestresowanie i podobne "twarde" problemy z ich energią, to nawet gdy niby wszystko jest ok, tak naprawdę ich energia, ich ekspresja jest zbyt "pospolita", "rozmyta", "niewyraźna". I przez to oczywiście są dużo mniej charyzmatyczni niż teoretycznie mogliby być. Ja natomiast ODGRYWAM pewną "rolę " czy "pozę" i przez to jestem bardziej charyzmatyczny w obrębie tej pozy, bo jest ona "silniejsza", wyraźniej zarysowana.

Swoją drogą, to co robię jest tak naprawdę przeciwieństwem tego, co zalecają różnego rodzaju głupie porady, według których należy "być sobą", albo "być naturalnym", itd itp. Ja NIE JESTEM - ja jestem "AKTOREM" i ogromnie sobie cenię to, że nie wierze w głupoty i nie jestem przywiązany do jakiegokolwiek "bycia sobą".


Wracając do klubu i do "polowania na blondynkę", to laska jest młoda i wygląda raczej niewinnie, tak więc będę chciał uderzyć w nieco łagodniejszy, ale nie przesadnie miękki image. Chcę być tym facetem, który jest od niej starszy i bardziej doświadczony, a także bogaty, ale jednocześnie jest też w miarę "niezepsuty". Nie chcę wyjść na cwaniaka, czy też na gościa który rucha dużo kobiet (którym jestem w istocie). Wersja którą chcę pokazać jest taka, że bardzo mi się spodobała i może widzę w niej "coś więcej" niż tylko urodę - ale też bez przegięcia w drugą stronę, bo mam być niezepsutym, ale bardziej doświadczonym od niej facetem, który ma powodzenie u kobiet.

"Wchodzę w rolę" i podążam w kierunku blondynki, kolega idzie ze mną. Staję na jej drodze, ale dając nam trochę dystansu, tak abym mógł nawiązać z nią kontakt wzrokowy, tak aby miała okazję zobaczyć mnie jeszcze przed samą interkacją.

Patrzę się na nią, ona instynktownie patrzy się na mnie, ja uśmiecham się lekko i podnoszę dłonie w geście DELIKATNEGO "zatrzymania", ale z dłońmi rozchylonymi na boki. Chodzi o to, że jeżeli kogoś zatrzymujemy w sposób kategoryczny i robimy mocne "STOP!", to nasze dłonie są zwrócone wewnętrzną stronę do zatrzymywanej osoby, palcami do góry. Ja tego NIE robię - robię delikatniejszy gest zatrzymania/nawiązania kontaktu - moje dłonie są podniesione na wysokość klatki piersiowej (przy zgiętych łokciach) i są odchylona trochę do góry, trochę na boki - wnętrza dłoni są trochę do laski, a trochę do siebie nawzajem. Kciuki są zasadniczo skierowane do góry, a pozostałe 4 palce są lini prowadzącej ponad i na boki od jej barków.

Moje spojrzenie, uśmiech i gest powodują, że ona sama zatrzymuje się i daje mi okazję do odezwania się bez niepotrzebnego "szarpania się" i bez "napastliwej" atmosfery. Ja zbliżam się, lekko nachylam i mówię do niej "Cześć". NIE jest to "Cześć" na zasadzie "udaję, że jestem Twoim kolegą", ani "chcę się zapytać która godzina". To jest "Cześć" na zasadzie "Mówię to dlatego, że mi się podobasz, teraz się poznamy i będziesz moją dziewczyną".

Ona odpowiada mi "Cześć", ale w taki sposób, po którym widać, że idzie dobrze - to jest powiedziane tak, że według mojego przypuszczenia do oznacza "Czuję się nieco onieśmielona, podszedł do mnie starszy, tak ŚWIETNIE ubrany facet i w dodatku wydaje się być naprawdę fajny (dobra energia)". Ona na tym etapie nie jest jeszcze całkowicie urobiona, ale jest to zdecydowanie dobra reakcja - powiedzmy 7-8 w skali 10 punktowej (reakcja, nie laska). Moim zdaniem to jest bardzo fajne, bo według mnie zasadniczo mamy już uzgodnioną wstępną "ramę" naszej interkacji i relacji - ona co prawda jeszcze nie zdecydowała się na zostanie moją dziewczyną, ale zdecydowała się już na poznanie mnie jako kandydata na faceta. W tym momencie ja z jednej strony nadal mam kawał roboty do wykonania, ale z drugiej to wszystko jest już ułożone na właściwym "torze".

Przedstawiam się jej, ona przedstawia się mi, do akcji wkracza mój kolega, czy też "koleżanko-neutralizator", wszyscy się sobie przedstawiają, kolega zaczyna gadać z koleżanką, tym samym rozpoczynając (udany) proces likwidacji tego, co na tym etapie jest największym zagrożeniem dla powodzenia akcji, czyli możliwości sabotażu ze strony koleżanki.

Ja mówię blondynce, że jest śliczną dziewczyną - to pasuje do atmosfery i kształtu interakcji - mówię to w taki sposób, aby jej zrobiło się miło i żeby wzmocnić wrażenie, że konkretnie ona zrobiła na mnie wielkie wrażenie (a nie że podchodzę do każdej ładnej laski). Uśmiecha, cieszy się, jest jej miło.

Mówię jej, że wygląda na spokojną dziewczynę, która nie chodzi dużo do klubów. To dobry temat idący w kierunku klimatu wzajemnego poznawania siebie - ona mówi, że może trochę tak, pyta się o mnie, itd itp. Ja pozostaję cały czas w swojej "roli", generalnie jestem miły, czarujący - nie słaby, ale w pewien sposób konwersacyjnie "miękki", czy wręcz "słodki". Oczywiście równolegle pilnuję też tego, aby pozostać dla niej tym starszym, bardziej doświadczonym facetem, który ma lepsze życie od niej i przy którym ONA będzie miała lepsze życie.


Rzucam spojrzenie w kierunku baru - jest tam w miarę luźno, proponuję blondynce napicie się czegoś ze mną, a ona się zgadza. Oczywiście podpita laska jest łatwiejsza, ale mi bardziej chodzi o to, że wspólne picie zbliża, daje też coś "do roboty". Zamawiam alkohol i płacę za całą naszą czwórkę, a następnie stoimy i pijemy przy barze.

Pijemy i rozmawiamy, poznajemy się coraz lepiej, nasza relacja staje się coraz bardziej "solidna". Rozmawiamy o niej, o mnie, wymieniamy się różnymi opiniami, itd itp. W gruncie rzeczy nie jest to jakoś bardzo odległe od tego, gdy poznaje się koleżankę lub nawet kolegę - taka w miarę normalna "rozmowa zapoznawcza". Ja co prawda jestem cały czas w swojej "roli" i patrzę na nią, genralnie jestem bardziej ciepły i "słodki" niż byłbym z koleżanką, a tym bardziej z kolegą, ale podstawą konwersacyjną jest właśnie normalna rozmowa dwójki poznających się ludzi.

Z czasem więź, nić porozumienia pomiędzy nami staje się silniejsza. Ja patrzę się na nią czule i widzę też w jej oczach, że jest emocjonalnie, "romantyczno-seksualnie" pobudzona. Patrzę się jej głęboko w oczy, kładę lewą rękę na jej talii i przyciągam ją lekko do siebie, prawą kładę na jej karku i całuję. Pocałunek wchodzi, a my później funkcjonujemy już w trybie "para" - lekko obejmujemy się, jesteśmy w siebie nieco wtuleni. Mam tu na myśli konkretnie tryb "para czująca do siebie miętę". Istotne tutaj jest to, że to NIE było czysto seksualne doświadczenie idące w kierunku obmacywania się, to NIE była atmosfera "jesteśmy napaleni, nasze ciała wariują". To było coś "miękkiego", "romantycznego", działającego na bardziej emocjonalnym i osobowym, a nie jedynie fizycznym poziomie.

Generalnie na tym etapie sprawa jest już praktycznie przesądzona - prawie na pewno wylądujemy razem w łóżku, to raczej tylko kwestia tego kiedy to się stanie. Jak doszedłem do tego punktu?

GDYBY ona chciała po prostu napalonego ogiera, to znalazłaby go bez problemu - wyższego, przystojniejszego, lepiej zbudowanego - ja w tej kategorii nie miałbym najmniejszych szans w konkurowaniu o najlepszą laskę w klubie. Nie należy tego jednak odczytywać w zbyt daleko idący sposób, nie jest to też afirmacja debilnych poglądów typu "wygląd nie ma znaczenia" - ja wyglądam w miarę dobrze, a mój wygląd też ma znaczenie. Mam atrakcyjność (trochę) powyżej przeciętnej - gdybym był przeciętny, to ta akcja pewnie i tak by się udała, ale gdybym poniżej przeciętnej, to najprawdopodobniej by się NIE udała. Natomiast z drugiej strony ja na pewno nie byłem tego wieczoru i NIGDY nie jestem w klubie "ogierem #1", ani nawet blisko.

A co z "leceniem na kasę" i sprawianiem przeze mnie wrażenia bogatego faceta? To generalnie ma dużo większe znaczenie, bo ja świadomie i celowo ubieram się bardzo dobrze, między innymi właśnie po to, aby wyglądać na faceta który jest bogaty. Ale czy to oznacza, że blondynka poleciała po prostu na kasę? W pewnej mierze TAK, a jeżeli komuś to się nie podoba, to powinien się nad sobą poważnie zastanowić, bo kobiety generalnie takie są. Ale z drugiej strony jest też tak, że gdyby jej chodziło po prostu o faceta z kasą, to by go sobie znalazła - co prawda akurat w kategorii wyglądania na bogatego ja jestem zawsze w czołówce, ale w klubach jest wielu bogatych facetów i gdyby tylko o to chodziło, to ona by już dawno była zajęta.

Tak naprawdę to co jej "zaprezentowałem" było czymś złożonym, a jednocześnie czymś trudnym do zrozumienia dla wielu facetów. Bo z jednej strony pokazałem się jako w miarę atrakcyjny fizycznie facet "z klasą i kasą", ale z drugiej strony zaprezentowałem też wyluzowanie, dobrą energię i zainteresowanie jej osobą na "głębszym", a nie jedynie czysto seksualnym pozomie. A do tego to wszystko było DOBRE JAKOŚCIOWO. Dobre jakościowo w sensie sprawności, płynności wykonania - tam nie było "potknięć" czy "niezgrabności", przez co wszystko wyglądało nie tylko dobrze, ale także (paradoksalnie) naturalnie i autentycznie. To jest coś zupełnie innego niż uwodzenie w wykonaniu większości innych facetów, którzy podchodzą w klubach z umiarkowaną, słabą lub wręcz złą energią, robią to często "NIEZGRABNIE", jeżeli nie żenująco tandetnie lub głupio.

Wracając do sytuacji z blondynką - po pocałunku lekko wtulamy się w siebie i funkcjonujemy w trybie "para czująca do siebie miętę". W tym momencie sprawa pójścia ze sobą do łóżka jest już w zasadzie przesądzona, pozostaje tylko pytanie "kiedy" - szczególnie w kontekście tego, czy będzie to miało miejsce tej nocy, czy też po kilku randkach.

Pisząc powyższe pominąłem równolegle biegnący wątek "Giermka" i brunetki, który też jest tutaj istotny. Koledze idzie z nią dobrze i jakoś tak się dzieje, że oni w pewnym momencie zaczynają lgnąć do siebie jak ja z blondynką. Może zadziałał nasz przykład, a może po prostu kolega spodobał się brunetce? Dla niego to żadna gratka, ale z drugiej strony jeżeli laska ma w miarę ładną twarz, jest miła, a on i tak "musi" z nią rozmawiać, to jak najbardziej go tutaj rozumiem. Dla mnie to jest korzystne, bo neutralizuje to brunetkę w wyjątkowo silny i pewny sposób. Podnosi to też moje szanse na wyizolowanie blondynki i seks tej samej nocy.

Mija czas, obie pary są w siebie "wlepione", zajmujemy się razem sobą nawzajem i bardziej się przytulamy niż rozmawiamy. Wiem o tym, że tak naprawdę blondynka jest już gotowa na pójście do mnie, ale mogłaby poczuć się źle z zostawieniem brunetki i atmosferą typu "to cześć, my idziemy się ruchać".

Zamiast tego zaczynam rozmawiać z blondynką, a potem z kolegą/brunetką o tym, czy nie poszlibyśmy czegoś ZJEŚĆ. Tak naprawdę każda osoba z naszej 4-ki jest już gotowa na wyjście z klubu, ale pójście na jedzenie nie niesie ze sobą takiej seksualnej wymowy jak wyjście w klubu.

Opuszczamy klub, zamiast taksówki wybieramy opcję "spacer", ja idę obejmując się z blondynką, kolega z brunetką.

Dochodzimy do lokalu, gdzie siadamy i zamawiamy coś do jedzenia. Po jedzeniu wszyscy jesteśmy już lekko zmęczeni i chcemy iść do domu. A tak się składa, że dziewczyny nie mieszkają razem. A skoro nie mieszkają razem, to nie muszą iść razem, tylko każdy z nas może "odprowadzić" swoją. Po rozejściu się jestem już sam na sam z blondynką, a ani jej, ani mi nie głowie jest rozstawanie się. Szybko uzgadniamy, że pójdziemy do mnie i tak też się dzieje.

(Swoją drogą, brunetka też "zgubiła się" i trafiła tego ranka do mieszkania kolegi)